Lilla Latus - Podróże duże i małe czyli napęd na cztery koła
"Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej." (Ryszard Kapuściński)
Ta "nieuleczalna choroba", o której pisze R. Kapuściński, dotknęła i mnie. Podróże są moją pasją, inspiracją, sposobem na skonfrontowanie wyobrażeń z rzeczywistością. Marzenie o kolejnej wyprawie motywuje mnie do pracy, a wspomnienia ubarwiają codzienność. To mój napęd (i to na cztery koła!). Poznawanie nowych miejsc to również możliwość innego spojrzenia na to, co już znane. Pamiętam swoje wzruszenie, gdy wręczałam Janowi Pawłowi II w Rzymie moje książki, gdy patrzyłam na freski Diego Riviery w Mexico City, gdy czułam w ustach smak pustyni pod piramidami w Egipcie, gdy na własne oczy zobaczyłam kolorowe rafy nurkując w Morzu Czerwonym, gdy uśmiechałam się do Mony Lisy w paryskim Luwrze, gdy zamarłam z zachwytu zobaczywszy Taj Mahal w Indiach... Ale lubię też powroty, gdy wita mnie zapach i swojskość mojego małego mieszkanka.
Niepełnosprawność często kojarzy się z ograniczeniem i unieruchomieniem. Ale Pan Bóg zamykając drzwi, otwiera okno. Od ponad 29 lat poruszam się na wózku inwalidzkim (paraplegia). W którymś momencie swojego życia przestałam się zastanawiać nad tym, czego nie mogę, a zaczęłam myśleć o tym, co jeszcze potrafię zrobić. Każdy kolejny dzień to przecież początek reszty życia. Kilkanaście lat temu zdobyłam prawo jazdy. I zaczęły się duże i małe podróże, moje "wycieczki-ucieczki". Bardzo polubiłam jazdę samochodem. Później polubiłam latanie samolotem i realizację marzeń o dalekich wyprawach.
Swoją pierwszą podróż zagraniczną odbyłam pod koniec lat osiemdziesiątych do Francji. Była to pielgrzymka z grupą niepełnosprawnych do Lourdes połączona z kilkudniowym pobytem w Paryżu. Pierwsze doświadczenia związane z lataniem samolotem, zetknięcie się z cudzoziemcami, innymi niepełnosprawnymi i odkrywanie różnic między bogatym zachodem a siermiężnym PRL-em. Wtedy to po raz pierwszy przekonałam się, że bariery architektoniczne są wszędzie, a samodzielność często polega na umiejętności poproszenia o pomoc. Pozostał mi sentyment do Francji. Byłam tam jeszcze dwukrotnie. Trawestując Henryka IV można powiedzieć, że Paryż wart jest nie tylko mszy. Ale to na paryskim lotnisku spotkała mnie niemiła przygoda, o której warto tu wspomnieć ku przestrodze i przezorności innych niepełnosprawnych. Otóż wracałam z Meksyku w ubiegłym roku francuskimi liniami lotniczymi. Międzylądowanie w Paryżu i sześć godzin oczekiwani na lot do Warszawy. Po 12-godzinnym locie z Mexico City z niecierpliwością oczekiwałam na tę przerwę w podróży. Tymczasem nie oddano mi wózka, który podróżował w luku bagażowym i poinformowano mnie, że wózek dostanę dopiero w Warszawie Wszelkie argumenty były nieskuteczne, a wezwany menadżer lotniska nawet nie mówił po angielsku (warto pamiętać, że Francuzi nie są poliglotami).Musiałam obejść się przez te kilka godzin bez wózka. Teraz zawsze staram się przy odprawie upewnić, czy wózek dostanę zaraz po wylądowaniu. Mimo tych problemów uważam, że podróż samolotem to zwykle najłatwiejszy etap podróży. Lotniska są przygotowane do obsługi niepełnosprawnych podróżnych. Później była kolejna pielgrzymka - tym razem autokarowa do Włoch. Podróż była długa, trudna. Warto jednak było znieść wszelkie trudy, by zobaczyć Rzym, Wenecję, Asyż, a przede wszystkim, by w Watykanie uczestniczyć w niezapomnianej audiencji z naszym ukochanym Papieżem Janem Pawłem II.
Wejście do Unii Europejskiej, zniesienie wiz, bogata oferta biur podróży sprawiły, że marzył mi się wyjazd typowo turystyczny. Niepełnosprawni chcą być nie tylko kuracjuszami, pacjentami, ale również - podobnie jak to jest na świecie - turystami. Z przyjaciółką (również na wózku inwalidzkim) postanowiłyśmy zostać turystkami. W jednym z biur podróży zapytałam, czy jest możliwy wyjazd na wczasy dwóch osób poruszających się samodzielnie na wózkach inwalidzkich do Grecji. Czy biuro może zaoferować odpowiedni hotel, pomóc w dotarciu na miejsce i czy w ogóle osoba na wózku może podróżować bez opiekuna? Na piśmie przedstawiłam oczekiwania i wymagania. - hotel dostępny dla osób na wózkach w ciekawej miejscowości, pomoc potrzebna w dotarciu na miejsce (przeniesienie bagażu, wniesienie nas do autokaru, etc.). I biuro zaoferowało nam trzygwiazdkowy hotel w miasteczku Leptokaria u stóp Olimpu .Same na obczyźnie! Odważne czy szalone? Hotel okazał się skromnym pensjonatem, ale z warunkami spełniającymi nasze oczekiwania. Nie skorzystałyśmy z wycieczek fakultatywnych, ale wybrałyśmy się pociągiem do Salonik, taksówką do pobliskiego miasteczka pod Olimp. Grecy chętnie pomagali pokonywać schody lub wysokie krawężniki. Rok później, w 2005 roku wybrałyśmy się do Turcji, do Alanii, gdzie europejska nowoczesność miesza się z muzułmańską tradycją. Zaproponowany przez biuro podróży hotel dokładnie obejrzałam wcześniej w Internecie, napisałam do dyrekcji z pytaniem czy rzeczywiście mają wheelchair accessible pokoje. Dostałyśmy wygodny pokój, dostosowany zgodnie z międzynarodowymi standardami. Turcy zaciekawieni, skorzy do rozmów, a nawet flirtów i wózek nie był tu w niczym przeszkodą! Alanya jest uśmiechnięta, kolorowa i pachnie różami, a wytrawne, różowe wino może smakować tak wyśmienicie tylko w ojczyźnie św. Mikołaja! Turcja sama w sobie jest prezentem dla turystów. Okolice Alanii zwiedziłyśmy wynajmując jeepa z kierowca, który zabrał nas w trudno dostępne regiony gór Taurus. Te dobre doświadczenia w samodzielnym podróżowaniu zachęciły nas do kolejnych wyjazdów. Tym razem postanowiłyśmy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i połączyć wczasy z rehabilitacją. Nasz wybór padł na Pieszczany na Słowacji - uzdrowisko światowej sławy, znane z wód termalnych i borowin. Jego urok dostrzegają już turyści i kuracjusze z całego świata. W tym roku wybrałyśmy się na Węgry do Heviz, gdzie znajduje się unikalne na skalę światową gorące jezioro wulkaniczne i świetnie wyposażone centrum zabiegowo-rehabilitacyjne. Szkoda, że dotacji ze środków PFRON na turnus rehabilitacyjny nie można przeznaczyć na rehabilitację w zagranicznych ośrodkach, oferujących konkurencyjne ceny i lokalne atrakcje. Jesteśmy obywatelami UE i powinniśmy mieć możliwość swobodnego wyboru miejsca rehabilitacji.
Te najdalsze i najbardziej egzotyczne podróże odbyłam w ostatnich latach z Moim Mężczyzną. Nie ma co ukrywać, że bez pomocy silnego mężczyzny nie dotarłabym pod piramidy w Egipcie i Meksyku, na Saharę w Tunezji, do Taj Mahal w Indiach, nie jeździłabym na słoniu ani na wielbłądzie (a warto spróbować!)
Trudno tam o dostosowane hotele, ale czasem wystarczyła prośba, by pokój był na parterze, by łazienka była wystarczająca przestronna, etc. Tym niemniej, w Tunezji drzwi do łazienki i toalety trzeba było... wystawić, bym w ogóle mogła tam wjechać. Hotel u wrót Sahary, w Matmacie, gdzie pojechaliśmy wynajętym samochodem, to właściwie pięć wydrążonych w piaskowcu dziedzińców z podziemnymi tunelami. Wystrój hotelu posłużył jako scenografia do niektórych ujęć Gwiezdnych wojen. Skalne domostwa troglodytów są udostępnione turystom. Podejrzewam, że byłam pierwszą osobą na wózku, która tam dotarła!
Również trudno się poruszać bez pomocy w Gizie u stóp egipskich piramid, a i Droga Umarłych w Teotihuacan wiodąca do Piramidy Słońca i Piramidy Księżyca jest trudna do pokonania. Na szczęście, nigdzie nie brakuje ludzi życzliwych i... silnych! Meksyk dla Europejczyka to kraj egzotyki, piramid i kaktusów. Dla chrześcijanina to przede wszystkim sanktuarium Matki Boskiej z Gwadalupe. Wszędzie Polaków życzliwie kojarzono z osobą Jana Pawła II. W krajach arabskich budziliśmy zaciekawienie jako para - kobieta na wózku i sprawny mężczyzna podróżujący razem, nie będący małżeństwem, mieszkający w jednym pokoju w hotelu, co w tamtej kulturze jest nie tylko uznawane za niemoralne, a nawet prawnie zakazane (na szczęście, nie dotyczy to turystów!). Rozmowy o różnicach kulturowych raczej zbliżają niż dzielą. I to też jest piękne w podróżowaniu.
Do Indii wybraliśmy się czteroosobową grupą w sierpniu tego roku. Kilka miesięcy wcześniej kupiliśmy bilety lotnicze do New Delhi przez Moskwę, zarezerwowaliśmy wycieczkę objazdową w indyjskim biurze podróży, bez polskiej obsługi (Radżastan + pobyt na Goa). Podróżowaliśmy wynajętym samochodem z kierowcą, co okazało się bardzo wygodne. Indie to kraj biedny kraj o bogatej, kulturze. Wszędzie żebracy, przepięknie ubrane w sari kobiety, wszechobecne krowy, świątynie dające nadzieję na lepsze wcielenie. I ja nie oparłam się pokusie poproszenia bogini Lakszmi o pomyślność, pozwalałam malować sobie bindi na czole i zdejmowałam buty wejściem do miejsc kultu. Do niektórych świątyń nie pozwolono mi wjechać na wózku. Budziłam zaciekawienie, mniej lub bardziej dyskretnie próbowano się ze mną fotografować lub po prostu porozmawiać. Były też i drobne kłopoty - złapałam gumę, pękła śruba w wózku, ale w kraju riksz i wielu warsztatów naprawa nie była żadnym problemem. A teraz ubrana w sari, przy filiżance aromatycznej herbaty darjeeling mam co wspominać... Warto pokonywać trudy, sprawdzać się w różnych okolicznościach, ale oczywiście z zachowaniem zasady "mierz siły na zamiary". Każdy kraj może być jak kolejny, zdobyty ośmiotysięcznik, każde miejsce jak nowo odkryty ląd. Jest tyle tajemnic do odkrycia i tylu ludzi wartych poznania.
Copyright © 2008 by GVA